Walentynki obowiązkowo.

Najpiękniejszy w miłości jest jej początek. Kiedyś czujemy się zakochani, mamy ochotę pisać wiersze, umieramy z tęsknoty nawet kiedy ukochanego widzieliśmy dopiero co wczoraj, zostawiamy sobie romantyczne liściki i czekoladki, zaskakujemy się, robimy niespodzianki, całe nasze życie kręci się wokół jednego tematu jak sprawić, żeby tamta osoba była szczęśliwa. Zaczynamy lubić deszcz, nie przeszkadza nam stanie w korkach, rozdajemy uśmiechy nawet nieznajomym.

W tej pierwszej fazie zakochania i pod warunkiem, że nasze uczucie jest odwzajemnione, walentynki są właściwie codziennie. Każda rozmowa telefoniczna jest spowiedzią, każde spotkanie jest świętem. Zakochani wypełniają parki, kawiarnie i kina. Nie potrzebują szczególnej oprawy, żeby świętować swoją miłość i tak nie dostrzegają tego, co dzieje się dookoła nich. Nawet czas nie ma dla nich znaczenia. Zresztą biegnie zupełnie inaczej niż u reszty świata.  

Ale im dłużej trwa miłość, tym większe wyzwania przed nami stawia. Powoli zaczynamy rozumieć, że ani on nie jest księciem, ani ty księżniczką i, że to, co tak bardzo się tobie na początku w nim podobało, nie sprawdza się tak świetnie w codziennym życiu. Jego spontaniczność nie działa już tak dobrze, kiedy towarzyszą wam dzieci i zawodowe obowiązki. A Tobie nie jest wygodnie w obcisłych sukienkach i na szpilkach.  

Wiele osób uważa, że walentynki to święto nastolatków. W końcu, szczególnie ci nieśmiali, mają okazję, żeby dać komuś sygnał, że ktoś go kocha. Tego dnia można przecież bez skrępowania wysłać niepodpisaną kartkę, napisać kilka słów albo zerżnąć od nieżyjącego i trochę zdolniejszego poety jakiś wiersz i sprowokować kogoś do zastanawiania się, kto jest jej nadawcą. 

Sklepy wykorzystują okazję marketingowo. Wabią nas i przyciągają, żeby znów dwa miesiące po Bożym Narodzeniu, wyciągać z naszych kieszeni pieniądze na czekoladki, które mimo tego, że opakowane tak romantycznie, smakują przecież tak samo banalnie jak w każdym innym dniu w roku. Można mieć dosyć.

I wydaje mi się, że niektórzy naprawdę mają. Dają temu wyraz obruszając się i manifestując przed światem, że “walentynki to ja mam każdego dnia”. Skoro naprawdę tak jest, to pozostaje mi tylko zaklaskać i powiedzieć: świetnie, gratuluję! Mnie się to zupełnie nie udaje. Codzienność małżeństw z małymi dziećmi albo dziećmi w wieku szkolnym wcale nie jest romantyczna. To życie według grafiku, w ciągłym napięciu, według schematu. Dni uciekają, weekendy mijają zawsze za szybko, czasem nawet nie da się odespać tygodnia. Dlatego myślę, żę jeśli ktoś na tej planecie naprawdę potrzebuje Walentynek, to z pewnością są to małżeństwa. 

To wspaniałe, że ktoś wreszcie każe nam się zatrzymać i pomyśleć nad tym dlaczego go/ją kocham? Dlaczego ciągle jesteśmy razem? To wspaniale, że pani kwiaciarka przygotowała już małe bukiety i można je kupić szybko w przelocie w drodze z pracy do domu. To świetnie, że te czekoladki tworzą kształt serca. Mąż i żona czasem po prostu potrzebują, odgórnego nakazu spędzenia jednego naprawdę romantycznego dnia w roku i to piękne, że ten wieczór jest właśnie dzisiaj.  

Nela

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *