O moim strachu przed wirusem.

Od początku z niepokojem śledzę wszystkie doniesienia na temat koronawirusa. Słucham o tym, jak do góry nogami wywrócił życie w ogromnym państwie, które jest potęgą gospodarczą, jak sparaliżował chińskie środki komunikacji miejskiej, edukację, rozrywkę i życie milionów zwykłych ludzi. Najpierw przyjmowałam te informacje ze smutkiem, ale też z dużym spokojem.  Tak samo, jak zawsze wtedy, kiedy w wiadomościach pojawia się jakiś news o tym, że gdzieś tam, daleko, za górami i lasami było trzęsienie ziemi, tsunami albo wybuch wulkanu. Koronawirus wydawał mi się czymś egzotycznym dalekim i niezagrażającym mnie ani moim bliskim.

Jednak z każdym kolejnym dniem, kiedy dziennikarze donoszą o tym, że wirus się rozprzestrzenia, że przekracza kolejne granice, że są kolejne ofiary śmiertelne, a świat nadal nie zna  skutecznego lekarstwa, mój niepokój wzrasta. Od kiedy koronawirus jest we Włoszech, nie można mieć już wątpliwości. Prawdopodobieństwo, że pojawi się w Polsce jest bardzo duże. Wszyscy wiemy, że to tylko kwestia czasu.

Z bijącym sercem słucham kolejnych informacji płynących ze świata i z kraju.

Pewnie tak, jak większość czytam, żeby wiedzieć o nim jak najwięcej. Wiedza bywa czasem jedyną bronią, ale nie mogę powiedzieć, żeby ta lektura koiła moje nerwy. Koronawirus 2019-nCoV to wirus oddechowy, to znaczy, że przenosi się drogą kropelkową, a to oznacza, że tym wirusem można zarazić się w zupełnie banalny sposób po prostu stojąc obok osoby zarażonej. Jak każdy wirus, także ten, to pasożyt, który aby się rozmnożyć musi wejść do naszej komórki i skorzystać z naszego materiału genetycznego. Dopiero kiedy to zrobi, a zrobi na pewno będzie mógł tworzyć nowe kopie i zrobi to kosztem życia naszych komórek. Wirus zabija zdrową komórkę i w ten sposób stopniowo wyniszcza organizm. A koronawirus jest szczególnie niebezpieczny także dlatego, że początkowo przebiega jak zwykłe przeziębienie albo grypa, więc łatwo zbagatelizować pierwsze objawy. 

Zauważyłam, że od kilku dni popadam w coś, co można określić jako histerię. Zaczęłam się zastanawiać, czy moje dzieci mogły mieć kontakt z kimś chorym. Zaczęłam analizować swoje i męża relacje i kontakty towarzyskie. Okazało się, że codziennie spotykamy ludzi, którzy spędzili ferie za granicą, którzy prowadzą międzynarodowe interesy, którzy podróżują w sprawach biznesowych. I oczywiście tak, mogliśmy mieć kontakt z kimś chorym. To tak jak z hipotezą o 6 stopniach oddalenia. Według której liczba stopni oddalenia między dwiema dowolnymi osobami w całej populacji ludzi na Ziemi nie przekracza sześciu. To dobra wiadomość, kiedy szukamy kontaktu z idolem i myślimy, że wystarczy 5 telefonów, żeby porozmawiać z Leonardo DiCaprio, ale kiedy chodzi o choroby zakaźnie, ta sama wizja przestaje być zupełnie zabawna.  

Zawsze przypominałam dzieciom o higienie rąk, ale ostatnio zrobiłam się już naprawdę natrętna i przeprowadziłam nawet szkolenie, jak prawidłowo myć dłonie. Mówiłam o tym jak mają kaszleć i, że powinny unikać osób, które kaszlą. Pomyślałam, że trzeba zacząć się izolować, rezygnować z niektórych wyjść. Zostawić dzieci w domu, zamiast posyłać je na basen i odwołałam weekendowe wyjście do kina. Wczoraj podczas zakupów wrzuciłam do koszyka trochę więcej rzeczy…tak na wszelki wypadek. Na zapas. Weszłam też do apteki i kupiłam maseczki ochronne. 

Zwykle jest tak, że kiedy ja zapętlam się w jakimś negatywnym myśleniu, do akcji wkracza mąż ze swoim stoickim spokojem. Tym razem też tak było. A on podkreśla, że owszem to jest niebezpieczna i śmiertelna choroba, ale nie można ulegać panice, którą wywołują media, i że póki co trzeba normalnie żyć, może tylko trochę bardziej ostrożnie. Podsunął mi pod nos wywiad z jakiś ekspertem od chorób zakaźnych, który tłumaczył, że koronawirus jest niebezpieczny przede wszystkim dla osób z innymi obciążeniami immunologicznymi albo związanych z wiekiem albo z innymi chorobami. Ale muszę przyznać, że dla kogoś, kto tak jak ja ma starszych rodziców i dziadków, to są szczególnie pocieszające fakty. Uspokoił mnie więc, ale tylko trochę. O maseczkach na wszelki wypadek jeszcze mu nie wspomniałam. Mam nadzieję, że nie będą potrzebne.  

Nela 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *