Odpuścić kontrolę.

Lubię mieć wszystko zaplanowane. Jestem otoczona listami. Zawsze mam: listę rzeczy do załatwienia w danym dniu, ale także listę rzeczy do kupienia, listę filmów do obejrzenia z mężem i drugą listę filmów do obejrzenia z dziećmi, listę książek, które chcę przeczytać i miejsc, które chcę odwiedzić. Otaczają mnie kalendarze i notatniki.  Kiedy wyjeżdżamy na wakacje (kiedy to było?) zawsze zabieram awaryjne: kurtki, swetry, bieliznę i oczywiście lekarstwa, plastry itd. Kiedy organizuję przyjęcie, nerwowo sprawdzam pogodę. Muszę być pewna, że nie będzie padać. Bo przecież jeśli będzie padać…no właśnie, to co? Być może będziemy musieli posiedzieć w bluzach albo otuleni kocami może trzeba będzie zapalić w kominku albo nawet w ogóle przenieść się z gośćmi do domu. To nie jest przecież koniec świata. Może nawet będzie przyjemniej niż na zewnątrz z komarami.  

Martwię się o swoje dzieci. Chciałbym zaplanować im przyszłość, chciałabym, żeby były zdrowe, mądre i szczęśliwe. Czasem ten strach o przyszłość nie pozwala mi cieszyć się teraźniejszością, czyli tym, że właśnie teraz są fajnymi, śmiesznymi i zdrowymi dzieciakami, którym nie zawsze chce się uczyć. 

Przeczytałam ostatnio, że potrzeba kontroli wynika z lęku o przyszłość. Nie wiemy, co się wydarzy, a brak wiedzy zawsze generuje strach. Tymczasem kluczowe pytanie brzmi: 

Jaki ja mamy na to wpływ? 

Zawsze myślałam, że moje zamartwianie się ma sens. Chodziło o to, żeby przewidzieć wszystkie możliwe scenariusze i przygotować się na jakąś sytuację. Problem w tym, że życie zwykle zasakiwało mnie tak, że setki tysięcy scenariuszy zostało nie wykorzystanych. Że trzeba było wymyślać coś na szybko, nagle w danej chwili. 

Zrozumiałam, że zamartwianie się nie wnosi do mojego życia nic. Niczemu nie służy, że jedyne co nam pozostało w tych niespokojnych czasach, to zaufanie. Trzeba zaufać, że będzie dobrze. Że nawet jeśli koronawirus zostanie z nami na dłużej, to lekarze nauczą się go leczyć, znajdą na niego sposób. 

Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale w pewnym momencie mój lęk stał się sterem mojego życia. A gdzie mógłby dopłynąć kapitan, który wszystkiego się boi. Najpewniej nawet nie wyruszyłby z portu. 

Lęk to brak zaufania. 

Na lęku nie można niczego zbudować – ani rodziny ani kariery. 

Trzeba wierzyć, że wszystko będzie dobrze. Prędzej czy później. Wszystko będzie tak, jak ma być. 

Trzeba mieć zaufanie do Boga lub Wszechświata, że cokolwiek się stanie, w dłuższej perspektywnie dzieje się to dla naszego dobra. Przecież często okazywało się, że to co w pierwszym momencie uznawaliśmy za największą tragedię (na przykład – emigracja zarobkowa) po latach okazało się błogosławieństwem. Na pewno potrafisz sobie przypomnieć  takie doświadczenia. 

Dlatego, doceniaj każdy moment i ufaj, że czeka cię jeszcze wiele cudownych dni. 

Nela. 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *